Serwis informacyjny NSZZ Solidarność ENEA Gorzów Wlkp. - Wtorek, 17 Marzec 2026r.
Drukuj

Obecna bardzo mroźna zima skłania coraz więcej osób do zasatanowienia się czy narracja, którą nam się przedstawia, jakoby człowiek przez swoją działalność na ziemi miał wpływ na zmiany klimatyczne i ocieplanie się klimatu. Podobno "planeta płonie".

Poniżej głos w dyskusji na ten temat oraz kilka faktów. 

„Nie dajcie się nabrać” – to zdanie coraz częściej pojawia się w rozmowach ludzi, którzy mają poczucie, że coś tu się zwyczajnie nie klei. Bo im dłużej słuchają oficjalnej narracji klimatycznej, tym bardziej widzą, że nie chodzi już o ekologię, lecz o emocje, strach i pieniądze.

Zacznijmy od faktu, który jest niewygodny dla całej tej opowieści: CO₂ stanowi około 0,04% atmosfery. To nie jest opinia, to pomiar. Gaz śladowy. Jeden z wielu. A jednak właśnie on urósł do rangi egzystencjalnego zagrożenia dla planety, nowego wcielenia apokalipsy. Dlaczego? Bo idealnie nadaje się do straszenia – jest niewidzialny, bezwonny i nie da się go „zobaczyć” w codziennym życiu.

Narracja klimatyczna opiera się na prostym schemacie: jest strach → jest winny → jest opłata.

A winny, jak zawsze, jest zwykły obywatel.

Tymczasem liczby – te same, które tak chętnie przywołują autorzy raportów – mówią coś zupełnie innego, niż sugerują nagłówki. Całkowita emisja CO₂ działalności człowieka to około 42–43 miliardy ton rocznie. Brzmi groźnie? Może. Dopóki nie zestawi się tego z emisją naturalną, która wynosi ponad 770 miliardów ton rocznie. Lasy, gleby, oceany, rośliny, zwierzęta – cała biosfera nieustannie emituje CO₂. Bez ideologii. Bez podatków. Bez handlu certyfikatami.

W tym kontekście udział człowieka to około 5% globalnych emisji. Pięć procent. A mimo to próbuje się wmówić społeczeństwom, że to właśnie one „palą planetę”.

Idźmy dalej. Nawet jeśli – na potrzeby tej narracji – przyjąć, że CO₂ odpowiada za 9–25% efektu cieplarnianego, to udział całej gospodarki człowieka w tym mechanizmie spada do około 1,3%. I to jest moment, w którym zaczyna być naprawdę niewygodnie. Bo trudno uzasadnić radykalne ograniczenia, drastyczne koszty i masową regulację życia, gdy mówimy o ułamkach procenta.

A teraz Europa – oczko w głowie klimatycznych reformatorów. Około7- 8% światowych emisji CO₂. Jeśli więc trzymać się tej samej logiki, udział Europy w „ratowaniu klimatu” wynosi… 0,104% potencjalnego wpływu na efekt cieplarniany. Promile. Ułamki. Statystyczny szum.

I właśnie tu pojawia się pytanie, którego nikt nie chce zadać głośno: czy naprawdę chodzi o klimat, czy o pieniądze i kontrolę?

Handel emisjami, certyfikaty CO₂, podatki klimatyczne – to wszystko tworzy nowy rynek oparty na powietrzu, które do tej pory było dobrem wspólnym. Teraz staje się towarem. Mierzonym, wycenianym i reglamentowanym. Strach jest tu niezbędny, bo bez strachu nikt nie zgodziłby się płacić za coś, co jeszcze wczoraj było oczywistością.

Unia Europejska w tej historii nie jawi się jako obrońca środowiska, lecz jako laboratorium ideologiczne, w którym testuje się, jak daleko można się posunąć w narzucaniu kosztów pod pretekstem „ratowania planety”. Efekt? Droższa energia, uboższe społeczeństwa i rosnąca frustracja przy praktycznie zerowym wpływie na globalny klimat.

To nie jest negowanie przyrody. To nie jest nawoływanie do niszczenia środowiska. To jest sprzeciw wobec manipulacji strachem, wobec robienia z CO₂ nowej religii, a z obywatela – winnego z definicji.

Bo gdy ktoś próbuje sprzedać ci lęk w pakiecie z podatkiem, zawsze warto zapytać: kto na tym zarabia – i dlaczego akurat ty masz za to płacić?

Rachunki za prąd (pompy ciepła przy obecnych temperaturach sporo jej zużyją) oraz za ciepło i ogrzewanie może wymuszą debatę publiczna na temat narzucanej nam na siłę przez Unię Europejską nową politykę klimatyczną tz "zielonego ładu". 

Konferencja na ten temat w Sejmie 

Wystąpienie T.Wójcika i J.Kubickiego

Raport "Solidarności" Drapieżny zielony nie/ład

Raport "Solidarności" o ETS 2

 


Wiadomość tą wyświetlono 743 razy.