Dodano: 20 Lipiec 2026r. 10:12

Komisja Europejska zaproponowała 17 lipca 2026 r. reformę unijnego systemu handlu emisjami CO2 (ETS). Jednym z kluczowych założeń jest zobowiązanie państw członkowskich do przeznaczania co najmniej połowy wpływów z aukcji uprawnień na inwestycje związane z dekarbonizacją. Obecnie na ten cel trafia około 5 % środków.
System ETS, działający od 2005 r., wygenerował dotąd ponad 260 mld euro dochodów. Większość z nich zasilała trafiała do budżetów państw UE.
Bruksela twierdzi, że chce również spowolnić tempo redukcji liczby uprawnień. Od 2031 r. roczny wskaźnik redukcji miałby spaść z 4,3 do 3,1 proc., a od 2036 r. do 1,7 proc. Komisja chce zachować zasadę „kto zanieczyszcza, ten płaci”, jednocześnie wzmacniając finansowe zachęty dla podmiotów ograniczających emisje.
W narracji rządu dominuje zadowolenie: reforma ETS to sukces Polski w tym sensie, że Bruksela odpowiedziała na nasze postulaty.
Czy rzeczywiście tak jest? Owszem, KE zaproponowała pewne korekty. Ale jednocześnie dołożyła nowe obciążenia, o których mniej się mówi. Przykład? Już za 5 lat systemem ETS zostaną objęte spalarnie odpadów. Będą musiały kupować uprawnienia do emisji, a to zwiększy ich koszty. Wzrosną więc stawki opłat za śmieci. A na tym nie koniec.
Więcej niepewności.
Proponowane zmiany obejmują m.in. kolejne sektory, wydłużają funkcjonowanie ETS na kolejne dekady i uzależniają wsparcie dla przedsiębiorstw od spełniania restrykcyjnych warunków inwestycyjnych w dekarbonizacje. To oznacza kolejny przyrost regulacji i jeszcze większą niepewność dla przemysłu.
Europa potrzebuje konkurencyjności, taniej energii i silnego przemysłu, nie kolejnych kosztów nakładanych przez Brukselę. Transformacja musi być racjonalna i oparta na możliwościach gospodarki, a nie na ideologii czyli t/z „zielonym ładzie”.
Zamiast wyciągnąć wnioski z utraty konkurencyjności europejskiej gospodarki oraz stale rosnących kosztów dla europejskiego przemysłu, Ursula von der Leyen proponuje dalsze rozszerzanie systemu i kolejne „zielone” obowiązki, z uporem maniaka dążąc do obniżenia emisji CO2 aż o 90% już za 14 lat!
Niestety Komisja Europejska nie zaproponowała nic w kwestii zmian w ETS2. A to właśnie ETS2 uderzy najmocniej w portfele milionów Europejczyków - a zwłaszcza Polaków.

Koszty ETS, czyli przemysł ulotnił się wraz z emisjami...
W ostatnich latach koszty systemu ETS dla europejskiego przemysłu i obciążenia, jakie generuje on dla jego konkurencyjności, stały się aż nadto widoczne. Owszem, emisje w Europie spadają. Według wyliczeń think-tanku Centrum Strategii Rozwojowych, w latach 1990–2024 r. UE ograniczyła emisje o ok. 35 proc. Wraz z emisjami, jak zauważają eksperci CSR, znikają jednak miejsca pracy i maleje produkcja.

CSR wzięło pod lupę pięć działów przemysłu energochłonnego UE: metale, chemię, przemysł papierniczy, rafinerie oraz produkcja cementu, szkła i ceramiki. Wnioski są niewesołe. Wszystkie one znajduje się poniżej poziomu produkcji z 2005 r. „Od 2008 r. zatrudnienie w Unii w tych branżach zmniejszyło się o ok. 643 tys. osób. W tym samym czasie przedsiębiorstwa europejskie ponosiły trwale wyższe koszty energii niż konkurenci zagraniczni” – wskazują autorzy analizy.
UE łagodzi kurs ale nie zmienia celu
Największe koszty ETS2 poniesie Polska

Wiadomość tą wyświetlono 697 razy.
